
Ul w pniu sosny
Bartnictwo, czyli hodowla pszczół w dziuplach żywych drzew, prawie zniknęło z polskich lasów. Kilkunastu ludzi próbuje je przywrócić.
Bartnik wchodzi na drzewo tak, jak inni wchodzą po schodach: bez pośpiechu i bez zastanowienia. Lina, którą nazywa leziwem, opasuje pień, stopy szukają oparcia w korze. Dwanaście metrów nad ziemią, w pniu żywej sosny, jest dziupla wydrążona ręcznie przed czterema laty. Mieszka w niej rodzina pszczół, której nikt tu nie przyniósł.
— Same przyszły — mówi. — To najlepszy znak, że barć jest dobrze zrobiona.
Zanim przyszły ramki
Przez stulecia tak właśnie wyglądało pszczelarstwo w lasach Europy Środkowej. Bartnicy mieli swoje prawa, sądy i znaki, którymi oznaczali drzewa. Miód i wosk były towarem tak cennym, że kradzież z barci karano surowiej niż wiele innych przestępstw.
Bartnictwo nie zniknęło dlatego, że było złe. Zniknęło, bo nie dało się go pogodzić z lasem, który miał przede wszystkim produkować drewno. Barć potrzebuje starego, grubego drzewa. A takie drzewa były pierwsze do wycięcia.

Pszczoła, która nie potrzebuje człowieka
Dzisiejsi bartnicy podkreślają, że ich praca to nie produkcja miodu, ale ochrona. Z barci zabiera się niewiele, czasem nic. Chodzi o to, żeby pszczoła miodna znów miała w lesie miejsce do życia, takie jak przez tysiące lat, zanim ją udomowiliśmy.

W barciach pszczoły same regulują temperaturę i wilgotność, rojąc się wtedy, kiedy chcą, i walcząc z chorobami bez pomocy chemii. Naukowcy z kilku uczelni badają, czy takie leśne kolonie są odporniejsze niż te w pasiekach. Wyniki są obiecujące, ale za wcześnie na wnioski.
- 12 m
- typowa wysokość, na której drąży się barć
- ~2 lata
- tyle drewno musi schnąć, zanim zamieszkają w nim pszczoły
- 2020
- rok wpisu bartnictwa na listę UNESCO
Barć to nie ul. To zaproszenie. Pszczoły mogą przyjść albo nie.
